Blog > Komentarze do wpisu
KONTRAKT

Kontrakt to umowa pomiędzy terapeutą, a klientem na temat tego po co się spotykają, jak często i  jak długo to potrwa.

Czasem bywa tak, że kontrakt ma charakter bardzo formalny. Ja dopytuję czego klient oczekuje, jakie ma wyobrażenia, co będzie jeśli z losowych powodów nie przyjdzie na sesje, jak będziemy się rozstawać, jak będzie płacić itp.

Ale czasem kontrakt zawierany jest w soposób naturalny, bezwiedny, oczywisty dla obu stron.

To trochę tak jak w życiu: z niektórymi ludźmi trzeba umawiać się szczegółowo, dokladnie, z innymi pewne sprawy wydają się jasne i nie wymagają uściślania.

Kontrakt jest więc też po to, by od samego początku pacjent współdecydował o tym co się dzieje i o tym co ma się dziać. To dogadywanie się jest więc częścią terapii, jest braniem odpowiedzialności za swoją część historii.

W teorii wyglada to zresztą na banał i oczywistość, w praktyce bardzo często jest tak, że zawarcie kontraktu jest niezwykle trudne. Trudność ta bierze się stąd, że pacjent, który przychodzi do terapii bardzo często w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego na czym terapia ma polegać.

Ludzie przychodzą do mnie najczęściej po pomoc. Po prostu. Chcą opowiedzieć o tym co im przeszkadza (przy czym najczęściej są to objawy takie jak lęk, przygnębienie, bezsenność, bóle, zawroty głowy itp.) i liczą na to, że otrzymają proste i skuteczne rozwiązanie np. w postaci tabletki.

I tu zaczyna się jazda. Bo ja im proponuję zajęcie się nie objawami, ale przyczynami objawów.

Logiczne? No logiczne, ale kto to wymyślił, że człowiek ma postępować racjonalnie?! Czlowiek jest przede wszystkim więźniem swoich emocji. To raz. Jest więźniem swoich sprzecznych tendencji i wewnętrznych konfliktów. To dwa. Oraz ma nieświadomość. To trzy.

Pan J.K. (52 lata) przyszedł do mnie ponieważ cały czas chodzi wściekły, wszystko go drażni, nic go nie cieszy. Pan K. trzy lata temu skończył studia i spełniło się tym samym jego wielkie życiowe marzenie. I co? I nic. Nie jest lepiej, a nawet jest gorzej. Nie znalazł nowej pracy, nikt go nie docenia, czuje się zgorzkniały, sfrustrowany i niedowartościowany.

Czego chciał ode mnie pan K.? Nie wiedział.

- Jakiejś pomocy? Jakiejś rady? W końcu pan też skończył studia, prada?!

Pana K. przyprowadziła do mnie, nie jego niemała zresztą inteligencja, ale przede wszystkim jego złość. To raz. Poprawę jego stanu blokowały sprzeczne tendencje: chciał, żebym ja mu coś poradził, ale nie miał najmniejszego zamiaru słuchać jakiegoś pieprzonego autorytetu. To dwa. A po trzecie nie zdawał sobie sprawy, że zarówno jego gniew jak i podwójne oczekiwanie adresowane były do mnie jedynie zastępczo i nieświadomie. To trzy.

Czy zawarliśmy jakieś porozumienie? O dziwo, tak. Jakimś cudem udało mi się bowiem przekonać go, że w swoich sprawach jest dla siebie największym autorytetem na świecie. Mało tego - udowodniłem mu to. Podsunąłem mu kilka propozycji, o których  od razu powiedział, że myślał już o nich wcześniej. Pochwaliłem więc jego mądrość, doceniłem życiowe osiągnięcia i umówiłem się, że jak będzie jeszcze miał ochotę rozważyć coś ze mną to jestem do jego dyspozycji.

Mój kolega psycholog miał kiedyś inny problem. Na klatce schodowej zaczepił go jego sąsiad, który oznajmił, że ma jutro egzamin na prawo jazdy, bardzo się denerwuje i chce, żeby ten psycholog go zahipnotyzował, żeby mu ten egzamin łatwo poszedł. Kolega grzecznie odmówił, wyjaśniając przy tym nierealność oczekiwań ziomka.

Tamten pokiwał głową, co mój kolega odebrał jako zrozumienie swoich wyjaśnień i tak się rozstali. Nie na długo, albowiem wieczorem sąsiad przyczłapał w kapciach, wcisnął się do mieszkania, zasiadł na fotelu i wlepił oczy w psychologa w niemym oczekiwaniu. Mój kolega uśmiechnął się w duchu, po czym jeszcze raz, spokojnie i rzeczowo zaczął wyjaśniać dlaczego NIE zahipnotyzuje swojego sąsiada i... już po chwili zorientował się, że tamten zamknął oczy i zapadł w trans. Psycholog przestał więc gadać i poszedł do kuchni zmywać naczynia.

Jak widać zawarcie kontraktu nie zawsze jest proste, a trudności leżą zarówno po stronie pomagających jak i po stronie pomaganych. Chciałem tylko dodać, że sąsiad zdał, przyniósł flaszkę i wyglądał na bardzo zadowolonego.

Czego i Wam życzę. Adin, dwa, tri, czytyrie, pjac... I tak dalej.

wtorek, 05 kwietnia 2005, kstepowy
Komentarze
2005/04/05 12:09:34
:))))) Oj Ty, Kaszpirowskij;)))))
-
2005/04/07 15:14:48
..a przyznajesz sie do zawodu na imprezach?? bo ja sobie dalam spokoj...zawsze mnie lapie jakis kolega kolegi, czy siostra kolezanki i chca jakiejkolwiek terapii tam i juz i teraz!!!! z lampka wina w rece....ufff
za czesto wpadam w takie klimaty ...
a ty?
-
2005/04/08 16:59:34
deneuve: zdarza się; dlatego bardzo ważna jest profilaktyka:
po pierwsze, przed wyjściem na imprezę w celach jak zaznaczyłem profilaktycznych nalezy wypić butelkę wina, dwa piwa i 200mg wódki; po drugie, jesli prewencja nie dała pożądanych rezultatów bardzo dobre efekty daje seksualne molestowanie interlokutora (bez względu na płeć owego), ale nie jedynie oralne, jeno manualne; jesli dwie powyższe metody zawodzą nalezy samemu przejść do ofensywy i gadać wyłącznie o terapii, pacjentach, detalach z dzieciństwa, nie rozwiązanych konfliktach intrapsychicznych i trudnościach interpersonalnych; wypróbuj i napisz jak Ci poszło pozdro
-
2005/04/11 16:59:58
..hehehehe:):):)
profilaktyka i wspolne poklepywanie juz w programie:)
ale czemu tu taka cisza?? czekam, czekam :)
-
2005/04/11 22:31:05
deneuve: przepraszam, że zaniedbuję, ale ciężko pracowałem, a co gorsza nie zanosi się , że w tym tygodniu będzie lepiej
:(
ale na pewno będzie dalszy ciąg - zbieram siły
:)