RSS
sobota, 29 października 2005
i śmieszno, i straszno

Grupa przechodzi przez fazę dostrzegania smutnego faktu, że terapeuci (rodzice, autorytety, bożyszcza) to tak naprawdę tylko ułomni ludzie. Najpiękniej ujęła to pewna pacjentka:

- Tu wszyscy tak na pana doktora czekali, jakie to opowieści krążyły, jaki to przystojny, jak to się wszystkie dziewczyny tu w panu kochały... A tu przychodzi ktoś taki...

Zero komantarza.

11:33, kstepowy
Link Komentarze (10) »
wtorek, 18 października 2005
ANEGDOTKI TERAPEUTYCZNE

Grupa snuła rozważania nt. podporządkowania się rodzicom. I takiej niewypowiedzianej zgody na siłę i ingerencję rodziców obecną w zyciu tych dorosłychjuz przecież ludzi. Rodzice zawsze wiedzieli lepiej i tak już zosytało.

M. zasunęła więc przypowieść ze swojego życia:

- Gdy mój syn był jeszcze całkiem mały nie chciał jeść. Namawiałam go i namawiałam, tłumaczyłam, prosiłam, zachęcałam, a on mi nagle mówi - to co? będziesz mnie zmuszać?

- A mój drugi syn, gdy zostawiłam mu karteczkę z lista rzeczy, które  miał zrobić, popatrzył tak na nią, popatrzył, skrzywił się i przytomnie zauważył - tu wszędzie powinno być jeszcze słowo "proszę".

To mocne szczególnie dlatego, że kiedyś M. opowiadała też anegdotkę, w ktorej jej syn przytomnie zauważył, że jak się kogoś o coś prosi, to trzeba też załozyć, że można spotkać się z odmową.

Ja też opowiedziałem jedną anegdotkę:

Kuba biega przy basenie, goni za nim dziadek i ciągle powtarza:

- Kuba, nie biegaj, bo wpadniesz. Kubusiu, uważaj! Nie szalej, bo wpadniesz do basenu.

Czteroletni Kuba zatrzymał się, popatrzył na dziadka i pyta:

- Czy ty uważasz, że ja jestem głupi?!

22:11, kstepowy
Link Komentarze (2) »
sobota, 15 października 2005
INNY WYMIAR

Ciekawa sesja grupowa. Zakończona właściwie takimi konkluzjami, że być dobrym dzieckiem (czy dobrym rodzicem) nie oznacza starać się spełniać oczekiwania rodziców (i odwrotnie) lecz robić to, na co sie ma ochotę.

Być dobrym dzieckiem (czy dobrym człowiekiem) to znaczy realizować siebie.

Kiedy się realizuje siebie, wtedy wszyscy stają się szczęśliwsi, wszystko powraca na właściwe drogi, życie staje się prostsze, bardziej zrozumiałe, sensowniejsze.

Przypomniał mi się taki fragment Pisma:

"Iddźcie i rozmnażajcie się, i czyńcie sobie ziemię poddaną."

To jest właśnie o tym. Wyjdźcie z domu. Uprawiajcie seks. I róbcie to, co dla Was wydaje się najważniejsze.

Tyle.

22:25, kstepowy
Link Komentarze (4) »
czwartek, 14 lipca 2005
SZPITAL vs LORAFEN

Mam takiego pacjenta, ktory od kilku lat nadużywa lorafenu. Gdy do mnie trafił po raz pierwszy przyjmował jedną dwie tabletki 1 mg/dz, potem był w terapii grupowej i brał jedną, ale niewiele w tej terapii robił, troche sesji opuszczał, więc zaproponowałem mu by wrócił do indywidualnego kontaktu.

I facet zdecydował się ożenić. Napięcie mu wzrosło zaczął zwiększać ilość tego lorafenu. Zaproponowałem mu szpital. Nie chciał, nie chciał, potem chciał, ale zrezygnował z terminu. W koncu przychodzi do mnie i mowi, że bierze już 3-4 mg/dz.

Zaproponowałem mu taka technikę, że napisał na kartkach 4 możliwości : szpital, intensywna terapia indywidualna, jakieś inne wyjście, lorafen. Potasował kartki, tak że nie wiedział co jest gdzie, poukladał na krzesła i opowiada jak mu jest, na ktorym krześle (przy czym nie wie, ktore krzesło jakie rozwiązanie oznacza).

Jak malo kiedy, to akurat co do komfortu siedzenia na tych krzesłach to był pewien. Tu najlepiej, potem tu, tu, a tu zdecydowanie najgorzej.

No to odkrywamy te kartki a tam, w kolejności od najgorszego rozwiązania do najlepszego:

szpital

intensywna terapia indywidualna

inne wyjście

lorafen.

Przyznam się, że on był pomieszany, ale ja tak samo. Bo te wskazania nieświadomości były przeciez niezwykle logiczne, ale dokladnie przeciwstawne temu co mogloby się wydawać "na zdrowy rozum". Zostawilem mu więc decyzję, co do tego czy idzie się odtruwać i terapeutyzować do szpitala czy nie, wypisałem zapas lorafenu. I czekamy co będzie dalej.

07:25, kstepowy
Link Komentarze (65) »
środa, 22 czerwca 2005
ŚLEPY KOŃ

Podczas grupowej sesji jeden z pacjentów opowiadał o swoich ostatnich doświadczeniach narkotykowych. Grupę zmroziło. Najpierw go straszyli, potem pouczali. Edukowali, złościli się, w końcu zaczęli mówić, że się o niego martwią. (Dopiero po tygodniu niektórzy przyznali, że także mu zazdroszczą).

A facet nic. Na luziku. Zadowolony z siebie. Opowiada dalej o tej marijuanie. Haszyszu. Tequili. Rzyganiu. LSD.

W końcu jeden z uczestników parsknął śmiechem.

- Coś pana rozbawiło - inteligentnie zauważył jeden z terapeutów.

- A tak, dowcip mi się przypomniał:

" Facet chciał kupić konia. Przychodzi na targ, oglada, ogląda, wreszcie mówi do sprzedawcy:

- Ależ proszę pana - ten koń jest ślepy!

- Nie - żywo zaprzecza sprzedający - Niech pan sam sprawdzi i się przejedzie.

Tamten wskakuje na konia, koń faktycznie śmiało rusza do przodu, pędzi, pędzi, aż wreszcie wali głową prosto w mur. Gosciu ledwo przeżył, zbiera się potłuczony i z pretensjami do kupca:

- No przecież mówiłem, że ślepy!!!

Na co tamten spokojnie:

- Ślepy, ślepy... ale jaki odważny!!!"

07:25, kstepowy
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 kwietnia 2005
ODPOWIEDZIALNOŚĆ

"Oskarżanie innych o własne niepowodzenia oznacza potrzebę edukacji;

oskarżanie siebie oznacza, że edukacja się zaczęła;

nieobwinianie ani innych, ani siebie, oznacza, że edukacja jest zakończona."

                                                                        Epiktet

I na tym w zasadzie powinienem zakończyć ten rozdział. Ale nie mogę. Nie mogę, ponieważ przyszedł kiedyś do mojego gabinetu A.R. (l.34) i oświadczył, że nie wie po co przyszedł.

- Kilka dni temu rozbiłem prawie nowy samochód. Wjechałem w las i postanowiłem się zabić. Nie wiem jak to się stało, ale przeżyłem. Samochód jest do kasacji.

A.R. był zdrowy, inteligentny, miał dochodową i ciekawą pracę, żonę oraz dwójkę dzieci - dziewczynkę i chłopczyka. Nie wiedział dlaczego chce popełnić samobójstwo.

- Po prostu moje życie nie ma sensu.

Dałem mu leki. Naprawdę. Z pewnych, towarzyskich względów nie chciałem proponować mu terapii. Dałem mu leki i zwolnienie z pracy. Przyszedł po kilku dniach i powiedział, że nie chce brać tych leków i że nic mu nie dają - no to zaczęliśmy rozmawiać.

O nim. O jego dzieciństwie. O matce. O nieobecnym ojcu. O ojczymach, którzy znęcali się nad nim fizycznie i psychicznie. O przemocy, braku opieki, braku wsparcia, samotności, nie dokończonych sprawach. I dokończonych. O osiągnięciach i sukcesach.

Po jednej sesji zaczął interesować się dziećmi i poswięcać im swą uwagę i czas. Po drugiej, zadzwonił do brata i przeprosił go, że go bił gdy byli dziećmi. Po trzeciej, zaczął się modlić i chodzić do kościoła. Na czwartą sesję przyszła jego żona i powiedziała, że z mężem dzieje się jakiś cud i ona będzie nawet więcej płacić za sesje, ale żeby on przychodził dwa razy w tygodniu. Na kolejnej sesji A.R. opowiedział, że przyjechał do niego brat i razem pojechali do Auschwitz, i że po tej wizycie jego problemy wydają mu się idiotycznie błache.

Nie rozumiałem tej przemiany, ale byłem pod jej wrażeniem. A.R. zmieniał coś w sobie, zmieniał coś w swoim życiu. Zadziwiony przyglądałem się temu i z drżeniem serca starałem się odgonić demony niewiary, które szeptały mi bezlitośnie i profesjonalnie, że to nie może takt trwać, że to jest tylko powierzchowne.

Na szóstą sesję A.R. wszedł lekko uśmiechnięty, ale też jakby zakłopotany.

- Wie pan, bardzo przepraszam, ale nie mogę na razie chodzić na terapię. Brat pomógł mi kupić samochód i właśnie dzisiaj skradziono mi go sprzed domu. Był nieubezpieczony, podobnie zresztą jak ten, który rozbiłem... Po prostu muszę się w tej chwili zająć zarabianiem...

Nie wrócił już nigdy więcej do mojego gabinetu. Spotkałem go przypadkowo w kilka lat później, gdy elegancko ubrany jechał do Warszawy finalizować jakiś kontrakt. Powiedział mi tylko, że świetnie mu się wiedzie i wsiadł do wagonu pierwszej klasy.

Tak, myślę, że właśnie w pierwszej klasie było jego miesjce.

23:19, kstepowy
Link Komentarze (2) »
wtorek, 12 kwietnia 2005
KONTAKT. KONTAKT I TWORZENIE WIĘZI

Kiedyś miałem gabinet obok gabinetu internisty. Jakiś pacjent nie przyszedł, nie miałem niczego do czytania, siedziałem więc i słuchałem jak przez nieszczelne drzwi internista wyjaśniał pacjentce, że ma ona cukrzycę typu II, powinna stosować dietę, brać to, nie brać tego, a to robić. I owo. Krótki wyklad.

Poczułem zazdrość. Bo ja nie tłumaczę niczego, albo prawie niczego moim pacjentom, ponieważ to mija się z celem. Nie wiedzy im bowiem brakuje, ale targają nimi wewnętrzne, nieuświadamiane konflikty i odwoływanie się do ich racjonalnej i wolicjonalnej części jest działaniem chybionym, pozornym i pozbawionym jakiegokolwiek sensu.

Pacjentka od sąsiada-doktora wyszła, zazdrość nieco mi przybladła a na miejsce zazdrości owej pojawiło się olśnienie. Przecież ja nie potrafiłbym powtórzyć nawet jednej dziesiątej tego co ów pan z doktoratem naopowiadał o cukrzycy typu drugiego kobiecinie jakiejś biednej. Po siedmiu latach studiów (rok powtarzałem, żeby być lepiej wykształconym), kilku latach praktyki, z wysokim IQ i zdolnością słuchania! A jeśli ja niewiele z tych uczonych wywodów pojąłem, to co dopiero pojęła pacjentka?!

Nic zapewne, ale kogo to w zasadzie obchodzi?!

Przecie nie tego pana w białym kitlu, ze stetoskopem przewieszonym przez wątłe ramionka. On w mniemaniu swym poinformował wyczerpująco o tym, o czym wydawało mu się, że poinformować powinien. Doktor.

A o czym ja Was informuję? O tym, że w psychoterapii ważny jest kontakt. Wzrokowy. Słuchowy. Dotykać się w zasadzie nie powinno, a jak już terapeuta Was maca, to zastanówcie się głęboko:

- czy nie pomyliliście przypadkiem adresu?

- czy Wam to na pewno odpowiada?

- czy do czegoś sensownego prowadzi?

- i czy na pewno to Wy powinniście zapłacić za tę sesję?

A poza kontaktem ważna jest więź. I poczucie bezpieczeństwa. Oraz jakaś wiara, czy intuicja, że ten z kim spędzacie swój czas da Wam coś, co będzie tego czasu warte.

Przy czym ważna jest wiara, że on Wam to da, a nie to, że coś dostaniecie. Bo nic nie dostaniecie. Bo niczego nie potrzebujecie. Bo wszystko jest w Was. Ale żeby ta prosta prawda do Was dotarła do waszych brzuchów i serc, potrzebny jest kontakt, relacja, więź i gotowość do brania.

 - Czy ma pan coś, co może mi pan dać? - zapytał U.G. Krisznamurti.

- Ja mam, ale czy ty potrafisz to wziąć? - odpowiedział Machariszi.

21:40, kstepowy
Link Komentarze (8) »
wtorek, 05 kwietnia 2005
KONTRAKT

Kontrakt to umowa pomiędzy terapeutą, a klientem na temat tego po co się spotykają, jak często i  jak długo to potrwa.

Czasem bywa tak, że kontrakt ma charakter bardzo formalny. Ja dopytuję czego klient oczekuje, jakie ma wyobrażenia, co będzie jeśli z losowych powodów nie przyjdzie na sesje, jak będziemy się rozstawać, jak będzie płacić itp.

Ale czasem kontrakt zawierany jest w soposób naturalny, bezwiedny, oczywisty dla obu stron.

To trochę tak jak w życiu: z niektórymi ludźmi trzeba umawiać się szczegółowo, dokladnie, z innymi pewne sprawy wydają się jasne i nie wymagają uściślania.

Kontrakt jest więc też po to, by od samego początku pacjent współdecydował o tym co się dzieje i o tym co ma się dziać. To dogadywanie się jest więc częścią terapii, jest braniem odpowiedzialności za swoją część historii.

W teorii wyglada to zresztą na banał i oczywistość, w praktyce bardzo często jest tak, że zawarcie kontraktu jest niezwykle trudne. Trudność ta bierze się stąd, że pacjent, który przychodzi do terapii bardzo często w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego na czym terapia ma polegać.

Ludzie przychodzą do mnie najczęściej po pomoc. Po prostu. Chcą opowiedzieć o tym co im przeszkadza (przy czym najczęściej są to objawy takie jak lęk, przygnębienie, bezsenność, bóle, zawroty głowy itp.) i liczą na to, że otrzymają proste i skuteczne rozwiązanie np. w postaci tabletki.

I tu zaczyna się jazda. Bo ja im proponuję zajęcie się nie objawami, ale przyczynami objawów.

Logiczne? No logiczne, ale kto to wymyślił, że człowiek ma postępować racjonalnie?! Czlowiek jest przede wszystkim więźniem swoich emocji. To raz. Jest więźniem swoich sprzecznych tendencji i wewnętrznych konfliktów. To dwa. Oraz ma nieświadomość. To trzy.

Pan J.K. (52 lata) przyszedł do mnie ponieważ cały czas chodzi wściekły, wszystko go drażni, nic go nie cieszy. Pan K. trzy lata temu skończył studia i spełniło się tym samym jego wielkie życiowe marzenie. I co? I nic. Nie jest lepiej, a nawet jest gorzej. Nie znalazł nowej pracy, nikt go nie docenia, czuje się zgorzkniały, sfrustrowany i niedowartościowany.

Czego chciał ode mnie pan K.? Nie wiedział.

- Jakiejś pomocy? Jakiejś rady? W końcu pan też skończył studia, prada?!

Pana K. przyprowadziła do mnie, nie jego niemała zresztą inteligencja, ale przede wszystkim jego złość. To raz. Poprawę jego stanu blokowały sprzeczne tendencje: chciał, żebym ja mu coś poradził, ale nie miał najmniejszego zamiaru słuchać jakiegoś pieprzonego autorytetu. To dwa. A po trzecie nie zdawał sobie sprawy, że zarówno jego gniew jak i podwójne oczekiwanie adresowane były do mnie jedynie zastępczo i nieświadomie. To trzy.

Czy zawarliśmy jakieś porozumienie? O dziwo, tak. Jakimś cudem udało mi się bowiem przekonać go, że w swoich sprawach jest dla siebie największym autorytetem na świecie. Mało tego - udowodniłem mu to. Podsunąłem mu kilka propozycji, o których  od razu powiedział, że myślał już o nich wcześniej. Pochwaliłem więc jego mądrość, doceniłem życiowe osiągnięcia i umówiłem się, że jak będzie jeszcze miał ochotę rozważyć coś ze mną to jestem do jego dyspozycji.

Mój kolega psycholog miał kiedyś inny problem. Na klatce schodowej zaczepił go jego sąsiad, który oznajmił, że ma jutro egzamin na prawo jazdy, bardzo się denerwuje i chce, żeby ten psycholog go zahipnotyzował, żeby mu ten egzamin łatwo poszedł. Kolega grzecznie odmówił, wyjaśniając przy tym nierealność oczekiwań ziomka.

Tamten pokiwał głową, co mój kolega odebrał jako zrozumienie swoich wyjaśnień i tak się rozstali. Nie na długo, albowiem wieczorem sąsiad przyczłapał w kapciach, wcisnął się do mieszkania, zasiadł na fotelu i wlepił oczy w psychologa w niemym oczekiwaniu. Mój kolega uśmiechnął się w duchu, po czym jeszcze raz, spokojnie i rzeczowo zaczął wyjaśniać dlaczego NIE zahipnotyzuje swojego sąsiada i... już po chwili zorientował się, że tamten zamknął oczy i zapadł w trans. Psycholog przestał więc gadać i poszedł do kuchni zmywać naczynia.

Jak widać zawarcie kontraktu nie zawsze jest proste, a trudności leżą zarówno po stronie pomagających jak i po stronie pomaganych. Chciałem tylko dodać, że sąsiad zdał, przyniósł flaszkę i wyglądał na bardzo zadowolonego.

Czego i Wam życzę. Adin, dwa, tri, czytyrie, pjac... I tak dalej.

11:47, kstepowy
Link Komentarze (5) »
niedziela, 03 kwietnia 2005
WSTĘP

Właściwie odkąd tylko zacząłem zawodowo pomagać ludziom, jeden fenomen nie dawał mi spokoju:

DLACZEGO JEDNI SIĘ LECZĄ, A INNI SIĘ NIE LECZĄ.

I właśnie o tym ma być ten blog. O tym co dzieje się w trakcie terapii. I dlaczego jednym to pomaga bardzo, innym trochę, a dla jeszcze innych wydaje się nie mieć większego znaczenia.

Na początek oczywiście anegdota. Przeprowadzano kiedyś retrospektywne wywiady z pacjentami sławnych psychoanalityków. Były pacjent Melanie Klein (która stworzyła koncepcję tzw. relacji z obiektem, gdzie niezwykle ważny jest aspekt karmiacej matki) bardzo dobrze ją wspominał:

- Dużo mi dała ta terapia i Melanie Klein była cudowna. Pomogła mi zrozumieć i ulożyć wiele spraw. Jedno tylko było dziwne w tych spotkaniach, bo ona właściwie tak obsesyjnie i często zupełnie nie na temat wracała do pojecia jakiejś dobrej piersi. W ogóle nie mogłem zrozumieć o co jej z tymi piersiami chodzi.

No to przystępujemy do meritum.

CO TO JEST PSYCHOTERAPIA - PRÓBA SPRAYU

Psychoterapia to jest spotkanie, w którym jedna osoba definuje siebie jako potrzebująca pomocy, a druga jest gotowa poświęcić jej określony czas, swoją wiedzę, doświadczenie i zaangażowanie, by ta pierwsza mogła zrozumieć dlaczego  przeżywa siebie i świat w taki sposób w jaki przeżywa.

Jak już przytomnie zauważyło kilku terapeutów przede mną, bardzo dobrze jest kiedy ta, która się przeżywa jako "pomagacz" jest chociaż odrobinę zdrowsza (cokolwiek by to miało oznaczać) od tej, która liczy na pomoc. Ale może niekoniecznie?

No bo gdy ja byłem na takim zgrupowaniu treningowym, gdzie zajęcia przez tydzień odbywają sie na dużym napięciu (co ponoć ma służyć temu by przyszli terapeuci mogli doświadczyć procesu terapeutycznego od strony swych klientów, a nie jak wydawać by się mogło laikowi, skanalizowaniu psychopatycznych sklonności osób owo szkolenie organizujących) to mi bardzo pomogło jak terapeutka, z którą tańczyłem uciekła ode mnie w popłochu. Naprawdę to mi pomogło. Albo to, że poczułem alkohol od jednego z prowadzących, pomimo że nam zabroniono "tłumienia napięcia" w taki sposób.

Mi to pomogło, bo sobie pomyślałem:

"Skoro oni, jako terapeuci się nie wyrabiają, to co dopiero ja! To ja też mam prawo zaraz ześwirować i to będzie normalne. Ludzkie. Właśnie..."

Ale im na złość nie ześwirowałem. Przynajmniej nie tak kompletnie. A przynajmniej tak mi się wydaje.

(Ale to może źle, bo człowiek zdrowy to ma właśnie wątpliwości co do swej psychicznej kondycji, a taki bardzo chorótki to właśnie nie ma. Tylko ja nie uważam, że to chory jest świat. Myślę sobie, że wszystko jest takie jakie powinno być.)

Tyle na dziś. Zachęcam do komentarzy.

09:05, kstepowy
Link Komentarze (4) »